O autorze
Miłośnik podróży i historii. Jeśli też kochasz te dwie rzeczy, mój blog jest dla Ciebie. Razem będziemy odkrywać najróżniejsze zakątki świata - znane i mniej popularne. Może kiedyś wirtualna podróż stanie się rzeczywistością? Właśnie na to liczę!

Polując na zorzę polarną – wyprawa do Norwegii

Źródło własne
Plan podróży do Bodø miałem już wcześniej, jednak w tym roku musiałem go zrealizować. Na początku listopada zorza miała być widoczna w Polsce – niestety zachmurzenie było silne i wbrew początkowo dobrym prognozom, nie udało się jej zaobserwować. Ale cóż, ziarno zostało zasiane – wiedziałem, że pojadę w lepsze miejsce oglądać tańczące na niebie kolorowe światła, nawet jeśli nie miałem gwarancji, że je zobaczę.

Zorza polarna jest zjawiskiem wywoływanym przez wiatr słoneczny i ściśle wiąże się z wybuchami, które nasilają się cyklicznie na naszej gwieździe. Teoretycznie zorzę można zobaczyć w całej Europie, ale fioletowe, białe, różowe i zielone wstęgi czy smugi najlepiej jest obserwować w okolicach koła podbiegunowego, od września do marca (Norwedzy polecają styczeń), o północy. Gdy znajdujemy się przeciwnie do położenia Słońca, możemy podziwiać zorzę w jej najpiękniejszej wersji – choć musimy być cierpliwi, bo niebo musi być czyste, zachmurzenie i światło Księżyca mogą popsuć efekt. To ruletka – zdarza się, że zorza jest widoczna przez tydzień, a potem jest wilgoć w powietrzu i nie widać nic. Trzeba się też liczyć z faktem, że zwykły aparat w komórce nie pozwoli nam oddać wrażenia. Potrzebujemy lustrzanki z redukcją szumów przy dłuższym czasie naświetlania, statywu i porządnego, szerokokątnego obiektywu. Byłem przygotowany.

Lotów bezpośrednich nie ma, ale samolot z Gdańska do Trondheim, krótkie zwiedzanie i nocny pociąg do Bodø to dobra opcja. Tym bardziej, że Trondheim, malowniczo położone nad zatoką, ma średniowieczny rodowód. Pociągi w Norwegii nie są tanie (w końcu to jedno z najdroższych państw w Europie), ale podróżuje się w luksusowych warunkach: dostajecie kocyk, dmuchane poduszki, stopery, opaskę na oczy – i to w zwykłym wagonie. Oczywiście Wi-Fi i dostęp do gniazdek to standard. Pociąg jedzie 10 godzin – na przodzie ma wielki pług śnieżny, który toruje mu drogę.

Bodø to miasto portowe, otoczone górskimi szczytami, gdzie nad głową zobaczyć można przelatujące bieliki – tutaj właśnie jest ich najwięcej w całej Europie. Na południe od miasta mieści się Park Narodowy Sjunkhatten, a na północy malownicza wyspa Sandhornøya, a więc nawet, gdyby nie udało się zobaczyć zorzy, jest tu co robić. Tym bardziej, że zaraz za centrum miasta, przy porcie można podziwiać stare, zabytkowe domki z dachem pokrytym mchem.

Szanse na zobaczenie zorzy w Bodø są duże – mnie się udało. Co prawda nie jest to zjawisko aż tak mistyczne, jak opisywali je poeci, jednak na pewno warto raz w życiu tego doświadczyć. Rześkie, mroźne powietrze i wszechobecna cisza, którą przecina jedynie skrzyp butów na śniegu to wyjątkowa sceneria, której się nie zapomina. Zielonkawa smuga faluje, przesuwa się w stronę zatoki i znika. Zorza jest kapryśna – pojawia się nagle, wykonuje swój taniec na niebie i znika, bez gwarancji powrotu. Ale ci szczęśliwcy, którzy mieli okazję ją zobaczyć, zapamiętają ją do końca życia.
Trwa ładowanie komentarzy...