Lotów bezpośrednich nie ma, ale samolot z Gdańska do Trondheim, krótkie zwiedzanie i nocny pociąg do Bodø to dobra opcja. Tym bardziej, że Trondheim, malowniczo położone nad zatoką, ma średniowieczny rodowód. Pociągi w Norwegii nie są tanie (w końcu to jedno z najdroższych państw w Europie), ale podróżuje się w luksusowych warunkach: dostajecie kocyk, dmuchane poduszki, stopery, opaskę na oczy – i to w zwykłym wagonie. Oczywiście Wi-Fi i dostęp do gniazdek to standard. Pociąg jedzie 10 godzin – na przodzie ma wielki pług śnieżny, który toruje mu drogę.
Bodø to miasto portowe, otoczone górskimi szczytami, gdzie nad głową zobaczyć można przelatujące bieliki – tutaj właśnie jest ich najwięcej w całej Europie. Na południe od miasta mieści się Park Narodowy Sjunkhatten, a na północy malownicza wyspa Sandhornøya, a więc nawet, gdyby nie udało się zobaczyć zorzy, jest tu co robić. Tym bardziej, że zaraz za centrum miasta, przy porcie można podziwiać stare, zabytkowe domki z dachem pokrytym mchem.
Szanse na zobaczenie zorzy w Bodø są duże – mnie się udało. Co prawda nie jest to zjawisko aż tak mistyczne, jak opisywali je poeci, jednak na pewno warto raz w życiu tego doświadczyć. Rześkie, mroźne powietrze i wszechobecna cisza, którą przecina jedynie skrzyp butów na śniegu to wyjątkowa sceneria, której się nie zapomina. Zielonkawa smuga faluje, przesuwa się w stronę zatoki i znika. Zorza jest kapryśna – pojawia się nagle, wykonuje swój taniec na niebie i znika, bez gwarancji powrotu. Ale ci szczęśliwcy, którzy mieli okazję ją zobaczyć, zapamiętają ją do końca życia.

